Uważaj na zioła! Są zdradliwe – mogą być lekiem, ale i trucizną!

Zioła, ziółka oraz ziołowe preparaty traktujemy ze zdumiewającą beztroską. Na zasadzie: „Jak nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi”. Pijemy więc ziołowe herbatki, połykamy ziołowe tabletki uspokajające albo te „dobre na odchudzanie” nie zastanawiając się nad tym, że zawierają one substancje czynne, oddziałujące na nasz organizm, które mogą być nieraz błogosławieństwem, a nieraz przekleństwem, bywa, że wręcz trucizną.

 

 

To prawda, współczesna farmakologia wywodzi się m.in. z ziołolecznictwa, medycyna wykorzystała do tworzenia nowych leków wiele leczniczych właściwości ziół, dawno temu, za pomocą ziołowych mieszanek oraz nalewek „leczyły” nasze babcie i prababcie. Ale na Boga, nie żyjemy przecież w czasach prababć i nie możemy polegać na dawnych recepturach. Nie mówiąc już ziołach, których działania zupełnie nie znamy – np. tych z Dalekiego Wschodu.

Zioła to też leki, ale nie te kupowane bez recepty!
Mimo ostrzeżeń lekarzy-toksykologów, medycyna alternatywna trzyma się mocno, a nawet robi coraz większą furorę. Jest łatwa w dostępie, bo preparaty ziołowe można kupić bez recepty w sklepie zielarskim czy w aptece. Zioła są też synonimem łagodności i bezpieczeństwa. Są tacy, którzy uważają, że skoro ziółek nie musi przepisywać lekarz, to można wypić nawet „wiadro” naparu, albo połknąć kilka ziołowych tabletek, a i tak nic złego się nie stanie. A najgorsze jest to, że o stosowaniu ziołowych herbatek czy preparatów, pacjenci nie informują lekarzy. Tymczasem wiele ziół jest niebezpiecznych nie dlatego, że same szkodzą, ale dlatego, że dawkujemy je w nadmiarze, często przez długi czas i równocześnie z wieloma „konwencjonalnymi” lekami, przepisanymi przez lekarza. Sztandarowym przykładem jest pospolity dziurawiec. W Polsce, przyrządzane z niego napary były pite głównie „na trawienie”. Dziś są przyjmowane także dla poprawy nastroju. „Roślinny prozac”, chociaż skuteczny, nie jest jednak tak niewinny. Zawarta w nim hyperycyna uwrażliwia bowiem skórę na promienie słoneczne (jest fotouczulaczem) i może być przyczyną oparzeń oraz przebarwień. A to nie wszystko. Alkoholowe wyciągi z dziurawca (stosowane dla poprawy nastroju) mogą znacznie obniżać skuteczność antykoncepcji. Z kolei w połączeniu z lekami przeciwmigrenowymi, dziurawiec może doprowadzić do nasilenia działań niepożądanych, takich jak gorączka, wzrost ciśnienia, przyspieszenie tętna, niepokój czy bezsenność.

Czy pada mit o ludowej, wiekowej mądrości?
Nie do końca, bo nadal np. czosnek świetny jest na przeziębienia. Ale ten sam czosnek, choć obniża stężenie cholesterolu, a być może także zmniejsza ryzyko wystąpienia niektórych nowotworów, w dużych ilościach staje się niebezpieczny dla „sercowców” w połączeniu z salicylanami, czyli preparatami podobnymi do aspiryny. Jego aktywne składniki zmniejszają bowiem aktywność płytek krwi, nasilając ryzyko krwawień. Podobnie waleriana, czyli wyciąg z kozłka lekarskiego. Jeśli będziemy brać ją jednocześnie z „aptecznymi” lekami nasennymi i uspokajającymi, może nawet bardzo znacznie nasilać ich efekty, prowadząc do utraty przytomności czy nawet do zaburzeń oddychania.

Czego z sobą łączyć nie wolno i co nam grozi?
Nie ma zbyt wielu badań dotyczących niepożądanego działania oraz przeciwwskazań do stosowania ziół, trzeba je więc stosować z rozwagą. A o czym naukowcy już wiedzą? Niedawno pojawiły się doniesienia o tym, że pluskwica groniasta, składnik preparatów łagodzących dolegliwości związane z menopauzą, powoduje zaburzenia czynności wątroby. W kilku przypadkach konieczna była nawet transplantacja narządu! Wiele surowców (wśród nich żeń-szeń i miłorząb japoński) zapobiega powstawaniu skrzepów w naczyniach, ale preparatów tych nie wolno łączyć z lekami o podobnych właściwościach, np. kwasem acetylosalicylowym czy warfaryną, bo mogą powodować krwawienia.

Niektóre preparaty ziołowe mogą zmieniać zabarwienie zębów. Znany jest przypadek kobiety, która stosowała produkt zawierający wyciąg z karczocha i po jakimś czasie na jej zębach pojawiły się przebarwienia, których nie dało się usunąć za pomocą szczotkowania, ale ustąpiły po odstawieniu preparatu.

Mało kto zwraca na to uwagę, ale głównym składnikiem wielu ziołowych herbatek reklamowanych jako „wspomagające odchudzanie” są dobrze nam znane liście senesu. Choć nie ze względu na odchudzające właściwości. Zawarte w liściach tej rośliny związki antranoidowe pobudzają perystaltykę jelita grubego, działając przeczyszczająco. Niestety, pacjenci nie wiedzą, że produkty te powinny być stosowane jedynie sporadycznie w zaparciach i nie można ich przyjmować bez kontroli lekarza dłużej niż tydzień. Nadużywanie tych preparatów prowadzi m.in. do zaburzenia gospodarki elektrolitowej, co może być przyczyną niebezpiecznych dla życia zaburzeń rytmu serca. Jako środek wspomagający zrzucanie kilogramów groźny może być nawet grejpfrut, a właściwie jego wyciągi – są sprzedawane w aptekach bez recepty. Zażywane w dużych dawkach mogą m.in. osłabiać działanie leków przeciwkrzepliwych, środków antykoncepcyjnych, a także immunosupresyjnych. Skład preparatów, które mają mieć wpływ na uregulowanie masy ciała, bywa albo niesprawdzony, albo tak niebezpieczny jak trucizna. Najczęściej do preparatów wspomagających odchudzanie dodawana jest bowiem sibutramina – substancja, która powinna być bezwzględnie stosowana pod nadzorem lekarza, gdyż może powodować wzrost ciśnienia tętniczego krwi, bóle oraz zawroty głowy, kołatanie serca, a nawet bezsenność i depresję. W skrajnych przypadkach „herbatka” z sibutraminą może być groźna dla życia.

Nie kupujcie chińskich ziółek przez internet!
Medycyna chińska ma wielowiekową tradycję, a sporządzane przez chińskich lekarzy ziołowe mieszanki sprawdzają się od tysięcy lat. Dziś także, ale pod warunkiem, że pójdziemy po poradę do chińskiego lekarza, a nie do… internetu. Zdaniem ekspertów największym zagrożeniem dla zdrowia są ziołowe preparaty sprowadzane z krajów azjatyckich, zwłaszcza że produkty te na ogół sprzedawane są nielegalnie przez internet. W USA ostrzega się np. przed działaniem preparatu Nasutra – reklamowanego jako tradycyjny i całkowicie bezpieczny chiński lek na impotencję. Jak się okazało, zawierał on sildenafil (substancję czynną Viagry). W tzw. chińskich ziołach, sprzedawanych przez internet, najgroźniejsza jest sibutramina. To organiczny związek chemiczny hamujący łaknienie. Był stosowany pod różnymi nazwami handlowymi w leczeniu otyłości. Gdy okazało się, że jest szkodliwy, został wycofany ze sprzedaży. Jednak substancja ta nadal jest dodawana do wielu ziołowych preparatów sprowadzanych z także z Chin. Ale o tym klientów się nie informuje.

Jeśli już ziołowa herbatka, to bez przesady i z umiarem
Ludzie zazwyczaj dzielą się na tych, którzy nie piją ziółek i tych stosujących herbatki na co dzień. Nie powinniśmy popadać w przesadę i pamiętać, że nadmiar nie jest nigdy wskazany i dobry dla zdrowia. Ale z „pomocy” natury korzystać warto – jeśli jest to wskazane.

A herbata? Przekonanie, że można ją pić hektolitrami bez żadnej szkody dla organizmu – jest jak najbardziej błędne. Bo herbata też zawiera substancje czynne (np. teinę) i nie dla każdego – ze względu na określone schorzenia – jest wskazana. Ale jeśli już, to która herbata jest lepsza – zielona czy czarna? I jak to jest z parzeniem herbaty – czy to ma wpływ nie tylko na jej smak, ale też na nasze zdrowie?

Zielona herbata, z całej „rodziny” herbat ma najbardziej pozytywny wpływ na nasz organizm. Zawiera bowiem w sobie aż 80 elementów dla nas niezbędnych. Napój ten wzmacnia zęby, oczyszcza krew oraz pory naszej skóry. Ma również dobry wpływ na zwalczanie kamieni w nerkach oraz posiada właściwości bakteriobójcze. Pamiętajmy jednak, że należy pić ją tylko słabo parzoną, gdyż w przeciwnym wypadku (zbyt mocna) drażni nasz układ pokarmowy.

Czarna herbata jest mniej zdrowa od zielonej i ma gorszy wpływ na organizm, bo zawiera tzw. substancje garbnikowe, które wysuszają układ pokarmowy. Aby zlikwidować ten „efekt uboczny” czarnej herbaty, przy jej parzeniu należy dodać do naparu jeden liść laurowy, który nada naparowi nie tylko ciekawy aromat, ale przede wszystkim „zlikwiduje” szkodliwe substancje.

Zapamiętaj, bo to bardzo ważne dla smakoszy „zwykłych” herbat, a tym bardziej herbatek ziołowych! Herbaty, a także ziołowe napary, wywary oraz maceraty należy pić wyłącznie świeżo zaparzone, bo tylko wtedy nasycają nasz organizm energią. Poza tym, napój, który stoi na stole kilka godzin, traci swoje walory smakowe. Pamiętajmy też, że warto zachować umiar w słodzeniu, bo cukier „zabija” smak i podwyższa poziom kalorii w napoju.

Sekret tkwi w prawidłowym przyrządzeniu naparu
Prawidłowo przyrządzone napary ziołowe wywierają pozytywny efekt, podczas gdy źle przygotowane szkodzą. Przykładem może być naparstnica, której sproszkowanych liści używano w leczeniu astmy, jako środka moczopędnego i uspokajającego. Obecnie w Polsce naparstnica jest uprawiana jako roślina ozdobna i rzadko używana w postaci naparu. Ale jeśli już się na to zdecydujemy, trzeba wiedzieć…

Jak działa naparstnica, kiedy i dlaczego szkodzi?
Napar z 1,2 g ziela naparstnicy purpurowej przyrządzony na filiżankę wody (pity 4 razy dziennie po łyżce stołowej) zwiększa siłę skurczu mięśnia sercowego i pojemność wyrzutową komór oraz działa przeciwobrzękowo, likwidując zastój krwi w żyłach. Dodatkowo poszerza naczynia wieńcowe. Wystarczy jednak zwiększyć dawkę dwu-, trzykrotnie (jednorazowo 2-3 g suszonego ziela lub około 20 g nalewki), by wywołać silne skurcze jelit, wymioty, biegunkę, a przy tym znaczne zwolnienie tętna i niemiarowość, aż do śmierci z powodu zatrzymania serca w maksymalnym skurczu. Jeszcze bardziej niebezpieczna, bo silniej działająca, jest naparstnica wełnista , którą leczniczo stosowano po 50 mg liści 2-3 razy dziennie. Dziś w Europie stosuje się wyłącznie standaryzowane preparaty tego gatunku naparstnicy. Są one podawane w tabletkach lub w ampułkach. Ale świat nie jest zamknięty i ktoś może przywieźć np. z Ameryki Południowej liście naparstnicy wełnistej, gdzie nadal stosuje się je po sproszkowaniu.

Na parapecie – tak. Ale nigdy nie w żołądku!
Naparstnica, jako roślina ozdobna, przyjęła się u nas, ale nawet ta w doniczce może szkodzić. Należy więc pamiętać, że nawet jednorazowe połknięcie niewielkiego kawałka rośliny jest niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dzieci i zwierząt, a toksyczne glikozydy kumulują się w organizmie.

Sokrates został otruty cykutą…
Zioła są jak grzyby i także rosną w naszych lasach i na łąkach. Jeśli się na nich nie znasz – nie zrywaj! Wielu z nas nawet nie wie, że są szkodliwe. Tymczasem zwykły piknik lub spacer może skończyć się z ich powodu tragicznie.

Cykuta, którą otruto Sokratesa, to nasz zwyczajny szalej jadowity! Można go spotkać przy obrzeżach jezior i na bagnach. Roślina jest bardzo trująca – najwięcej szkodliwych substancji znajduje się w kłączach i łodygach. Jej toksyczność wynika z obecności w soku cykutoksyny, która wywołuje śmierć na skutek porażenia układu nerwowego.

Jedną z najbardziej trujących roślin występujących w naszym kraju jest tojad mocny. Zawiera bardzo duże ilości akonityny. Jej śmiertelna dawka przy spożyciu wynosi zaledwie 2 mg. Co gorsza, związek ten wnika do organizmu również przez skórę. Objawy zatrucia akonityną to drętwienie, paraliż, podniecenie, stany lękowe, ból brzucha. Śmierć następuje na skutek paraliżu serca lub mięśni oddechowych.

Ciemiężyca biała to pospolita roślina. I bardzo silnie trująca. Czasami śmierć następuje po spożyciu 1 g korzenia! Pierwszym objawem zatrucia jest osłabienie. Potem dochodzi do paraliżu mięśni oddechowych.

Kolejna roślinna trucizna odstrasza nazwą, ale nie wyglądem. To pokrzyk wilcza jagoda. Jest bardzo trująca ze względu na dużą zawartość atropiny i hioscyjaniny. Obie substancje wpływają na działanie układu nerwowego. Objawy zatrucia to pobudzenie, halucynacje, napady szału, światłowstręt. Dawka śmiertelna dla dorosłego to około 10-20 owoców, w przypadku dzieci niekiedy „wystarczają” tylko 4 owoce! Do śmierci dochodzi w śpiączce, kiedy ustają funkcje oddechowe.

Kieliszek zaroślowy bardzo ładnie wygląda. Ma białe kwiaty, więc chętnie zrywają go dzieci. Jednak kontakt z tą rośliną może spowodować poważne podrażnienia skóry.

Elżbieta Kazibut-Twórz

Żródło: dziennikzachodni.pl